wtorek, 29 maja 2012

Majowo-czerwcowe szaleństwo uważam za rozpoczęte. Tylko niestety znowu brakuje czasu na sen. Nadszedł czas egzaminów, zaliczeń, imprez, spotkań, które kiedyś były odłożone w czasie i tym podobnych fanaberii. W międzyczasie pojawiły się w mojej głowie nowe pomysły, które coraz bardziej motywują mnie do działania.

wszystko ostatecznie wróciło do normy.

Życie
p.s. to tak odnośnie wspaniałomyślności wykładowców, dzięki którym teoretycznie mam 4 egzaminy jednego dnia. :)

sobota, 12 maja 2012

"Ważne jest, by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny. Wystarczy więc, jeśli spróbujemy zrozumieć choć trochę tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć."

- Albert Einstein

piątek, 4 maja 2012

Nietykalni!

Nietykalni!
Nie lubię francuskiego kina. Nie lubię francuskiego języka. Nie lubię wszystkiego co jest związane z Francją. Ale tym razem zrobiłam wyjątek. To znaczy przypadkiem stał się wyjątek, którego nie żałuję. A kolejnym przypadkiem film doskonale wpasował się w mój nastrój.

Miałam iść do kina na „Nietykalnych”. Przyznaję się, bez bicia, że nie miałam wcześniej czasu przeczytać czegokolwiek o tym filmie. Byłam raczej nastawiona na brytyjską produkcję, która będzie na przyzwoitym poziomie. Jak tylko usłyszałam francuski miałam ochotę krzyknąć, że pomyliłam sale i że wychodzę. Ale coś mnie powstrzymało. I dobrze.

Z relacji A. zaraz przez seansem dowiedziałam się, że to „taka komedia o facecie co jest sparaliżowany”. I gdzie tu logika? Jak bardzo przetrącony musiałby być scenarzysta, żeby napisać film o ludzkiej tragedii i zrobić z tego komedię? Otóż można. Bo wątkiem przewodnim wcale nie jest facet na wózku. Wątkiem przewodnim jest życie i zmiana dokonująca się w człowieku. A te wszystkie poważne sprawy, ludzkie tragedie są przedstawione w pozytywnym świetle- że człowiek, niezależnie od okoliczności i niezależnie od tego jak złe decyzje podejmuje w życiu może być szczęśliwy i może wyjść na prostą. Trzeba tylko chcieć.

piątek, 20 kwietnia 2012

Agh!

Z planów nic nie wyszło. Znowu.
Mam ochotę roztrzaskać głowę o ścianę, to przynajmniej nie będę musiała wkurzać się z powodu tych wszystkich ludzi.
A żeby było mało, to po pierwszym pięknym, ciepłym i wiosennym dniu, sezon nocnych spotkań z piwkiem pod trzepakiem uważam za otwarty.
Ale nie... Przecież nie miałam się irytować... Bo w zasadzie nie mam powodu, wszystko było do przewidzenia i mogłam nie wyobrażać sobie "Bóg wie czego".

A żeby zobrazować ostatni tydzień:

piątek, 13 kwietnia 2012

-Od dzisiaj są w sprzedaży bilety.
-Myślisz o tym co ja?
-Jedziemy?
-Jedziemy!
Z jakiegoś dziwnego powodu strasznie napaliłam się na ten wyjazd. Nie powinnam tak entuzjastycznie podchodzić do swoich szalonych planów.

Piątki 13ego nie mogą być złe.
A jako, że się ogarnęłam to w ten weekend planuję napisać ostatni rozdział pracy licencjackiej, napisać referat o promocji i reklamie, napisać i wyuczyć się pięknie Opening Statement, tak żeby zawstydzić Profesora S., ogarnąć prawo karne i administracyjne, a na koniec... A na koniec jeszcze nie zdecydowałam co zrobię, o!

wtorek, 3 kwietnia 2012

Dzisiaj się ogarnę!

edit. 

to znaczy, jutro się ogarnę. Dzisiaj się wyśpię.


edit. 2.

Będę pozbierana i ogarnięta.

Będę oddawać projekty na czas.

Będę miła. 

Nie będę "wysyłać pogardy do świata".

Nie będę rzucać chamskimi dowcipami i śmiać się z A. 


Dobranoc!

niedziela, 11 marca 2012

A słońce powoli zachodzi...

Słońce powoli zachodzi. Po raz pierwszy, od kiedy przeprowadziłam się tutaj, widzę ładny zachód słońca. Mimo, iż co chwilę, pada deszcz, to słońce przedarło się przez ciężkie chmury. Taki jeden z nielicznych pozytywnych akcentów ostatnich dni.

Praca w Stowarzyszeniu coraz bardziej mnie dołuje. Myślę, co mogę jeszcze zrobić i jak pomóc. I nic. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale tak naprawdę, to z każdym tygodniem widzę coraz większy problem. Niby mogę pójść na spotkanie motywacyjne i pogadać o tym z tymi, którzy się na tym znają. Ale po każdej takiej wizycie, mam jeszcze większą ochotę walnąć to wszystko w cholerę.

Na uczelni też nie jest najlepiej. Panują dość ponure nastroje. Zapowiada się naprawdę nieciekawy semestr, w czasie którego każdy będzie przeciwko każdemu. Pierwsze zgrzyty już za nami. O tym, że "umów się dochowuje" wiedziałam od dawna- tym bardziej, że wydawało mi się, że jesteśmy dorosłymi ludźmi i w miarę się szanujemy i lubimy. Ale dopiero niedawno dowiedziałam się, że to zamało. Nie wiem, tylko czy aby napewno mnie to tak rusza jak kiedyś. Jeszcze rok temu ciskałabym w furii wszystkim czym tylko się da. Może jedyny plus tego wszystkiego jest taki, że wycofałam się z tych "przyjaźni", zanim zaangażowałam się w to poświęcając bez końca.

Inna sprawa, to jak zauważyła parę dni temu K. - staję się bez sumienia. W tym miejscu powinnam zrobić wywód usprawiedliwiający się. I w zasadzie... czemu nie. Bo co znaczy, że jestem bez sumienia? To, że podchodzę do pewnych spraw racjonalnie i z dystansem? Nie można nad każdą, pojedynczą tragedią rozczulać się. Tak, to są smutne historie, tragedie rodzin, bliskich i przyjaciół, ale z drugiej strony nie można wariować i robić z tego zamieszania.

Właściwie, cała ta notka miała być o czymś innym... O czymś ważnym, o marzeniach, o planach. Nie wiem, do czego to wszystko dąży. Goniące myśli w mojej głowie, nie pozwalają się zatrzymać. Wiem, że potrzebuję wstrząsu, który sprawadzi mnie na ziemię, do rzeczywistości.

"Myślę, jak urzeczywistnić to co wiem, ale czego nie umiem uchwycić.
Ściąga mnie w dół. Ziema tkwi we mnie na dobre, w moich kościach krąży pył..."
W. Wharton "Ptasiek"

środa, 29 lutego 2012

Ludzie drzewa.

Kiedyś mój przyjaciel opowiadając o swoich znajomych z klasy użył określenia "ludzie drzewa". Chodzi tu mniej więcej o ten specyficzny gatunek ludzki, który nie potrafi się w nic zaangażować i któremu nic się nie chce, na wszystko jest nastawiony z góry pesymistycznie, a jeśli zrodziła się już idea, to najlepiej niech ktoś zrobi wszystko za nich, a oni przyjdą na gotowe. Jako, że dawniej bardzo wierzyłam w ludzi, oburzałam się, że opowiada głupoty, wyolbrzymia i z góry zakłada, że wszyscy są "be" a on jest w porządku.
Otóż myliłam się!
Ludzie są jeszcze gorsi. Jeśli umawiam się z ludźmi: "Ej, zróbmy to!" i oni się na to zgadzają. I jeśli jestem nawet w stanie zająć się większą częścią roboty i jedyne co oni muszą, to zebrać się w kupę i określić Tak/Nie, ewentualnie wykazać minimum inicjatywy, a jedyne co otrzymuję w zamian to ciszę, albo zmianę tematu, to naprawdę- brak słów. Nie chodzi tu, o problemy- je zawsze można rozwiązać. Pod warunkie, że się chce. Może to coś ze mną jest nie tak. Może jestem w gorącej wodzie kąpana i oczekuję za wiele. Nienawidzę bierności. To jak ograniczanie siebie na własne życzenie.



Karuzela zwana życiem dalej się kręci.

czwartek, 23 lutego 2012

O tym jak studia niszczą psychikę.

Siedzę z A. na wykładzie. Połowa sali w skupieniu notuje teorie Petera, tymczasem my toczymy dyskusję o bajkach z dzieciństwa. W pewnym momencie pojawiły się problemy:
1. Jak nazywał się "wielki, żółty ptak z Ulicy Sezamkowej"
2. Jak nazywali się "ci dziwni, szarzy ludzie z Power Rangers, co bełkotali".
W pewnym momencie zaczepiamy chłopaków siedzących przed nami z tekstem "Ej, oglądaliście Power Rangers". Ich mina- bezcenna. :)